artemida blog

Twój nowy blog

Dopiero trzeci dzień smaruję wyniszczającym płynem moją… brodawkę wirusową jak się okazało (dotychczas nazywałam ją wieloletnim odciskiem), a czuję jakbym robiła to już conajmniej od tygodni. Wstaję, pierwsza myśl – brodawka. Kładę się spać – brodawka. Moje myśli i codzienna egzystencja rozpoczyna się i kończy na brodawce, a właściwie na brodawkach, bo nareszcie uzmysłowiłam sobie, że te pozostałe małe „odciski” to siostry starszej brodawki.
I właśnie przy okazji walentynek mówię o niej, bo ma z miłością dużo wspólnego. A mianowicie muszę powiedzieć, że byłam całkiem zaprzyjaźniona z tym moim odciskiem, mimo że to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Gmerałam w nim od czasu do czasu i przyzwyczaiłam się do jego obecności. Ale od momentu kiedy dowiedziałam się, że mój odcisk cały czas mnie okłamywał i kamuflował się, a pod płaszczykiem okazał się zwykłą brodawką, pojawiło się przerażenie, że tyle lat, a ja nic a nic nie wiedziałam, żyłam w całkowitej nieświadomości.
Najważniejsze, że podjęłam bezzwłocznie i nieodwołalnie decyzję, że on, że ona musi się wyprowadzić. Niestety może to potrwać dłużej niż myślałam. Teraz patrzę na nią z obrzydzeniem szczególnie z powodu przydomku wirusowa. Do tego była tak beszczelna żeby zaprosić do naszego życia swoje młodsze siostry bez mojej wiedzy.
Wszystko sprowadza się to tego, że moje motto walentynkowe w tym roku brzmi: „Oto przykład z życia wzięty jak cienka jest granica między miłością a nienawiścią.”

(przed wyjazdem do Krakowa)

On: Muszę sprawdzić adres tego hostelu
.
Ja: Przecież to na floriańskiej jest, to poprosimy najbliżej floriańskiej
od strony bramy.

On:
(wkurzony)
I co będziemy z walizkami zapierdalać przez
pół miasta?

Ja:
Kawałek tylko. Po co ma wjeżdżać na rynek, tam zabytki…

On:
(tłumacząco) Taksówki mogą tam wjeżdżać i podjedziemy pod same drzwi.
Ja: No, ale trzeba dbać o zabytki. Przecież nie jesteśmy jacyś
niepełnosprawni czy upośledzeni.

On:
(wściekły)
To skoro nie jesteśmy upośledzeni to po co
jechać taksówką, pojedźmy pekaesem z przesiadką i te trzy walizki weźmy sobie
na plecy… Albo nie, tobie założę je wszystkie na głowę.

 

(w samochodzie)
On:
W prawo, w lewo?
Ja: Prosto, cały czas prosto, tak jak droga prowadzi, nigdzie się nie skręca. Prosta droga jest.
On: No, a ostatnio jak mnie prowadziłaś pijana to się zgubiliśmy.

(oglądam „Licencję na wychowanie”)
Ja: (głośny śmiech)
On: Jeszcze raz się zaśmiejesz to nie wiem co ci zrobię.

Ja: (dalej oglądam)
Ja: (głośny śmiech)

On: Nic tylko słyszę ten twój śmiech, jak idę spąc to słyszę ten twój śmiech…
Ja:
Nawet mój śmiech cię irytuje? Powinniśmy się zastanowić nad dalszą egzystencją naszego związku.

(widząc kobietę z bliźniakami)
On:
Powinnaś urodzić bliźniaki. (mimo że nie jestem nawet w ciąży)
Ja: No, fajnie by było.
On: Chyba wszyscy chcieliby mieć bliźniaki.

Ja:
Nie wszyscy.
On: Nie?
Ja:
No jak pytałam ludzi to wcale by nie chcieli, ale wiesz oni mają już dzieci, więc pewnie wiedzą o czym mówią.
On: Pewnie tak, ale to my mamy rację.

On:Gdzie jest ten jogurt?
Ja: Tam na zlewie stoi, nie wiem co cię pokusiło żeby tam go postawić, bo ja bym go tam nie postawiła.
(minutę później)
Ja:
Ooo to nie jest moja herbata, a gdzie jest moja?
On: Tutaj stoi na stole, nie wiem co cię podkusiło… (z uśmieszkiem)
Ja: (uśmiech)

(przed weekendowym wylotem do Gdańska)
On:
Masz listę? Pokaż. (prosząco)
Ja:
To jest tylko moja lista, osobista.
On: No, ale jak przeczytam to coś może dopiszę.
Ja: (tłumacząco) Napisałam tylko te rzeczy, które JA chcę kupić, dla siebie samej.
On: No, ale nie możesz mi pokazać?
Ja: (od niechcenia) yhhh… kurtka zimowa, buty do pracy, peeling, tusz do rzęs, puder, herbatka na laktację dla znajomej Aśki, kolczyki…
On: (przerywa) Kolczyki? Jakie kolczyki? (uśmieszek)
Ja:
No chciałam sobie jakieś kolczyki kupić. (kontynuując listę) Rutinoskorbin i magnez dla Marceliny, płyta z kolędami… Mówiłam ci, że lista jest tylko moja, po co ci to wiedzieć? (natarczywie) Chcesz coś dopisać? Coś ci się przypomniało? No co dopisać? Jestem gotowa. No piszę. No?
On: Wpisz: Łukasz – poznać jakąś normalną dziewczynę.

On: (bawi się zużytym woreczkiem herbaty)
Ja: (wkurzona)
Co cię tak intryguje w tym woreczku?
On: (całkiem poważnie) Ja naprawdę się stąd wyprowadzę.
Ja: Droga wolna.
On: Nie będziesz się miała do kogo przytulić.
Ja: Ty też.
On: (uśmiech)

Ja: Ustawiłeś sobie budzik?
On: Zostanę w domu.
Ja:(podając telefon) Ustaw sobie.
On: Po co?
Ja: Bo musisz zawiadomić pracę.
On: (podirytowany, podniesionym głosem) Czy ja w tym domu już nic nie mogę zrobić na własną rękę? Niedługo to będę musiał się wpisywać na listę do kibla, żeby się wysikać!

Kolejna rozpaczliwa, choć wcale nie chcę o niej tak myśleć, ale z góry wiem, że rozpaczliwa, próba… no właściwie czego? Poznania prawdy? Ta przecież wciąż nie istnieje. Odszyfrowania sensu własnego istnienia? Będąc najlepszym z najlepszych agentów cia, cbś, sekcji pierwszej, archiwum x i wszystkich tych o których istnieniu nie wiemy razem wziętych, nie byłabym w stanie tego odszyfrować. A może nazwania swoich marzeń i wreszcie  postawienia choćby jednego małego kroczku w ich realizowaniu. Co w moim przypadku oznacza klęskę na samym początku, co ja mówię, klęskę przed początkiem, bo przecież jeszcze nie rozpoczęłam tej… próby. Ciągle nie wiem czego ta próba ma dotyczyć, ale analizując tą próbę nazwania tej próby na sto procent jestem pewna, że jest ona rozpaczliwa.


  • RSS